25 lipca 2017

Na pokładzie Akwilonu, część 1

CZĘŚĆ 1 Umowa


Do salonu wbiegły dzieci, ubrane w piżamy i pachnące szamponem. Wdrapały się na kanapę, spoglądając na Dziadka siedzącego w bujanym fotelu. Ich wzrok był wyczekujący, pełen napięcia, Dziadek bowiem obiecał opowiedzieć im bajkę przed snem. Lubiły słuchać jego opowieści, pełnych przygód, czarów i przedziwnych stworzeń.
Dziadek przez chwilę nie odzywał się wcale, pykał jedynie ze swojej fajki. Ładna to była fajka, z niebieską główką oraz aluminiowym ustnikiem. Fajkarz bardzo się postarał, rzeźbiąc roślinne ornamenty na cybuchu; Dziadek niejednokrotnie zachwalał jego robotę.
— O czym będzie bajka? — zapytał Chłopiec, niecierpliwiąc się nieco.
— A o czym byście chcieli posłuchać?
— O piratach — odpowiedział Chłopiec.
— O księżniczce — powiedziała w tym samym czasie Dziewczynka.
Dziadek zamyślił się, pociągnął z fajki i zabujał fotelem, który zaskrzypiał cicho. Poprawił koc na swoich kolanach, usiadł wygodnie. Jeszcze raz zaciągnął się, a wraz z dymem, jego usta opuściła historia.

***

Kasjan nie pamiętał, kiedy ani jak trafił z powrotem na statek. Jeszcze chwilę temu siedział w tawernie, pijąc piwo z rumem i grając w kości, a teraz leżał na swojej pryczy, zbudzony przez wrzaski dochodzące z pokładu. Jakiś czas zajęło mu zrozumienie, co się działo, ale w końcu podniósł się, zataczając z lekka. Podszedł do drzwi, trzy razy próbował chwycić klamkę, lecz dopiero za czwartym mu się to udało. Wyszedł na zewnątrz i niemal się wywrócił, kiedy jasne, oślepiające słońce rzuciło swe promienie na jego wrażliwe oczy. Zaklął szpetnie, wyprostował plecy i, jak gdyby nigdy nic, wyszedł na pokład, stukając obcasami skórzanych butów.
Wziął głęboki oddech; powietrze pachniało morską wodą, mewimi odchodami i stęchłymi rybami.
— Kapitanie! Dobrze, że kapitan już wstał. Miałem kapitana obudzić, ale wczoraj miał kapitan parszywy dzień i nie chciałem…
— Panie Crock, do rzeczy. — Kasjan przetarł twarz dłonią, spojrzał na niskiego mężczyznę, który miętosił w dłoniach brązowy kaszkiecik, i upewnił się, iż jego założenie co do rozmówcy nie było mylne. Zaiste to właśnie z panem Crockiem miał do czynienia.
 Crock był śmiesznym człowieczkiem, czasami za dużo gadał i ciągle wydawał się zlękniony, jakby ktoś (lub coś) czyhał na jego życie. Nie wyglądał na pirata, bardziej na księgowego, lecz o dziwo na morzu sprawował się nie gorzej od innych. Zawsze miał przy sobie tę śmieszną czapkę, choć Kasjan chyba nigdy jeszcze nie zauważył, żeby faktycznie założył ją kiedykolwiek na głowę. Twarz Crocka była tak chuda, że oczy, osadzone w niej blisko siebie, wydawały się przeogromne i niepasujące do niczego.
— Problem jest, kapitanie. Duży problem. Rzekłbym nawet, że kolosalny! A właściwie to dwa problemy, kapitanie. Mniejszy i większy. I tylko kapitan może…
— Do stu piorunów! Co to ma znaczyć? — przerwał mu Kasjan, dostrzegając poza jego plecami przerażającą scenę. Wyminął pana Crocka, wskazując dłonią to, na co patrzył.
— No, właśnie to jest ten problem, kapitanie — mruknął Crock, podążając w krok za dowódcą, lecz ten nie słuchał go wcale.
Scena, którą ujrzał kapitan, otrzeźwiła go zupełnie. Dziarskim krokiem podszedł do reszty swojej załogi, ze zgrozą wpatrując się w dwie nieznane mu postacie. Jedną z nich był wysoki i barczysty mężczyzna z kwadratową szczęką oraz blizną na lewym policzku. Wyglądał na takiego, który lubił się bić (albo na takiego, który nie bał się bić). Drugą zaś osobą, tą, która wywołała największe poruszenie wśród piratów, była kobieta.
— Kobieta na moim statku?!
Wszyscy zwrócili na niego swoją uwagę, nawet wspomniana niewiasta. Ładna była, jasnowłosa, Kasjan lubił takie najbardziej. Miała na sobie ciemne spodnie, białą koszulę i czarny gorset, który podkreślał wąską talię. Zmierzył ją wzrokiem, który na dłużej zatrzymał na jej oczach — lewe błyszczało błękitem, w brązie prawego można było utonąć. Słyszał o takich anomaliach, ale jeszcze nigdy ich nie widział.
Spojrzała na niego i podparła się pod boki.
— Coś taki zaskoczony? Przybyłam zgodnie z umową.
Kasjan dyskretnie rozejrzał się po twarzach załogi, wszyscy jednak wyglądali na tak samo zaskoczonych jak on się czuł. Postarał się jednak nie stracić głowy.
— Wyjaśnij.
— Wczoraj w tawernie graliśmy w kości. Wygrany mógł zażądać w zamian jednej rzeczy. Przegrałeś, kapitanie, a ja poprosiłam o darmowy kurs do Wielkiego Miasta Południa.
Piraci spojrzeli na swojego kapitana, który zachwiał się lekko. Chcąc to zamaskować, podparł się pod boki, jak panna, z którą rozmawiał.
— Wiesz, że nie jesteś mile widziany na Południu — szepnął Feliks, prawa ręka Kasjana, nachyliwszy się do niego. Był wyższy o dwie głowy nie tylko od kapitana, ale od każdego innego mieszkańca Północy. Miał łysą głowę, duży nos i usta, a pod oczami, na policzkach oraz na czole w równych odstępach wytatuowane czarne kropki. Dokładnie trzydzieści dwie.
Kasjan zignorował jego słowa, zwracając się do nieznajomej.
— Masz na to jakiś dowód?
— Tak myślałam, że możesz nie pamiętać — powiedziała, sprawnym ruchem wyjmując spod gorsetu kawałek kartki. — Byłeś już nieźle pijany, kiedy się na to zgadzałeś, a i po moim wyjściu pewnie nie przystopowałeś. Dlatego się zabezpieczyłam.
Podała mu papier. Rozwinął go bardzo powoli, przy okazji piorunując spojrzeniem pozostałych członków załogi, którzy przyglądali mu się z zaciekawieniem. W każdym z nich dostrzegł napięcie, wszyscy byli ciekawi, co zawierała kartka i jak z nieproszonym gościem poradzi sobie kapitan.
Dowódca natomiast przechylił się lekko, układając liścik tak, by niepożądane oczy nie mogły dostrzec treści, i wydał z siebie zduszony okrzyk.
— Co? Co się stało? 
— Kapitanie! 
Kasjan spojrzał na kamratów z szeroko otwartymi oczami. Przyciskając dłoń do ust, jakby chciał powstrzymać się przed kolejnym niekontrolowanym wrzaskiem, podał kartkę Feliksowi. Ten przeczytał to, co zostało na niej napisane, i wybuchnął śmiechem.
— No, panowie! Wygląda na to, że szykuje nam się kurs na Południe! — wykrzyknął, klepiąc kapitana po plecach. — Nasz kapitan przegrał w kości z tą uroczą damą.
Dziewczyna skinęła lekko głową, piraci wydali z siebie niezadowolony okrzyk, a Kasjan stał jak sparaliżowany.
— No i co wrzeszczycie? Do roboty! Ta łajba sama nie popłynie!
Kiedy załoga rozeszła się, by przygotować statek do wypłynięcia z portu, niespodziewanie Kasjan chwycił Feliksa za ramię i odwrócił plecami do wszystkich.
— Nie możemy płynąć na Południe — wymamrotał, upewniając się, że dziewczyna zajęta była rozmową (a raczej wygłaszaniem monologu) ze swoim milczącym towarzyszem. — Wiesz, że czyhają tam na moją głowę!
— Więc co chcesz zrobić? — zapytał Feliks. 
— Mieliśmy umowę. Ma na to dowód, będzie się wykłócać. Wiesz, że dziewki tak łatwo nie zapominają.
— Możemy pozbyć się ich na morzu. Dyskretnie. Nikt się nie dowie. A ten świstek spalimy.
— Ale ona jest taka ładna!
— Wolisz zachować jej głowę czy własną? — zapytał Feliks, unosząc ciemne brwi.
Kasjan obejrzał się ponad ramieniem na nieznajomą. Szkoda mu było wyrzucać w morze taką ślicznotkę, ale jeszcze gorzej czułby się, tracąc głowę. Mimo wszystko lubił swoją łepetynę, nawet jeśli czasami bolała od zbyt dużej ilości wypitego rumu.
— Trafne spostrzeżenie — stwierdził w końcu. — Zrobimy tak. Udamy, że zabieramy ją do Wielkiego Miasta, a kiedy nadarzy się okazja, pozbędziemy się jej.
— Właśnie to zaproponowałem.
— Nie bądź zazdrosny, Feliksie, że mam lepsze pomysły od ciebie. — Kasjan trzepnął go ręką w klatkę piersiową, po czym z szerokim uśmiechem odwrócił się do nieznajomej. Szeroko rozłożył ramiona i zakrzyknął:
— Witajcie na Akwilonie!
Feliks pokręcił głową i odszedł w stronę koła sterowego.
— Czyli rozumiem, że umowa została podtrzymana? — zapytała dziewczyna, krzyżując ramiona. Jej towarzysz stanął za nią, przyprawiając Kasjana o szybsze bicie serca. Wzrostem dorównywał niemal Feliksowi, choć ten drugi wciąż miał nieco przewagi. Nie mniej jednak kapitan poczuł, że jego plan może mieć jedną bardzo istotną wadę. Jeśli ten wielkolud okaże się lojalny wobec blondynki, mogą mieć problem z pozbyciem się ich.
— Oczywiście, umowa to umowa — uśmiechnął się krzywo. — Ale jest jeden mały szkopuł.
Nieznajoma uniosła brew.
— Widzisz, to nie jest statek pasażerski, więc jeśli chcecie na nim podróżować, musicie się wykazać. Dodatkowe dwie pary rąk na pewno się przydadzą.
— Co chcesz, żebyśmy robili? 
Kapitan uśmiechnął się paskudnie.
— Szczurku!
W mgnieniu oka pojawił się obok nich chudy mężczyzna z długimi do ramion, tłustymi, kruczymi włosami. Nie nosił koszulki, strasząc wszystkich żebrami, malującymi się pod naciągniętą, śniadą skórą. Kasjan nie raz, nie dwa zastanawiał się, jak było możliwe to, że marynarz utrzymywał taką budowę ciała, skoro jako jedyny z całej załogi nigdy nie przepuścił okazji, by spożyć syty posiłek. Jego wybiedzony wygląd przyprawiał wszystkich o ciarki i kapitan poczuł lekką satysfakcję, dostrzegając zaskoczone spojrzenie panienki. „Poczekaj, aż poznasz go bliżej” — pomyślał, zdając sobie sprawę, jak szorstki w obyciu bywał Szczurek.
— Aye, kapitanie.
— Zaopiekuj się naszymi gośćmi. Upewnij się, że nie będzie im się nudzić — powiedział, krzyżując ramiona na piersi.
— Aye, kapitanie! Na co czekacie?! Ten pokład się sam nie wyszoruje! — wrzasnął Szczurek, popędzając dwójkę cywili.
Kasjan skrzyżował ramiona na piersi, uśmiechając się krzywo. Przynajmniej miał ich z głowy na jakiś czas. Jednak, gdy tak patrzył na oddalającą się dziewczynę, przyszło mu do głowy, że nie pamiętał, jak się nazywała. Szybko przekalkulował, czy wiedza ta była mu niezbędna do szczęścia. Stwierdził, że nie i już chciał się odwrócić, lecz nagle w jego głowie pojawiło się pytanie. Jak ją zawoła, jeśli będzie czegoś od niej potrzebować? Kobieto? Nieznajomo? Chyba nie wypadało, bądź co bądź, miał na statku damę, zdałoby się więc wykazać minimum kultury.
— Cholerna etykieta! — Zamachał rękami ze złością, jakby podjęcie decyzji o zachowaniu dobrych manier nie było wcale jego pomysłem, po czym zawołał za oddalającą się parą nieznajomych, nim Szczurek zdążył rzucić w nich wiadrem i szczotą. — Wspominałaś, że jak się nazywasz?
Spojrzała na niego zaskoczona. Zamrugała, zerknęła na swego towarzysza, jak gdyby potrzebowała przyzwolenia, i dopiero wówczas dała mu odpowiedź.
— Elisa.
— Elisa — powtórzył bezwiednie. — Jestem kapitan Kasjan. Do usług.
Ukłonił się bynajmniej nie z gracją, czym zasłużył na kolejne zaskoczone spojrzenie. Wydało mu się również, że w jej spojrzeniu dostrzegł odrazę, lecz nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Wykonał w tył zwrot i chwiejnym krokiem podszedł do Feliksa, przeklinając siebie w duchu.
— „Jestem kapitan Kasjan” — przedrzeźniał swój głos. — „Do usług”? Na mózg ci padło?

Feliks przyglądał się chwilę kapitanowi, uśmiechając półgębkiem. Nie zamierzał nic mówić, tylko dyskretnie obserwować sytuację. Jego intuicja podpowiadała mu, że przypadkiem mógł stać się świadkiem interesującej historii. Obrócił się, podrapał za uchem Sierściucha, persa, którego zabrał ze sobą z Południa, po czym skupił się ponownie na wyprowadzaniu statku z portu w Stolicy Północy. 

***

OD AUTORKI:
Nowa wersja "Akwilonu". Poprawiona, lepsza, dłuższa. Dostępna również na Wattpadzie. Mam nadzieję, że się spodoba. Myślę, że to dobry pomysł, żeby wrócić też na blogspota. Trochę zaniedbałam i szufladę, i inne blogi. Smuteczek. 

25 lipca 2016

[BONUS] Narzeczona na chwilę, rozdział 35


Ten rozdział jest luźno powiązany z fabułą i nie wnosi do niej niczego konkretnego. Jeśli nie chcesz mieszać sobie perspektyw, możesz go spokojnie ominąć. Na pewno na tym nie ucierpisz. ;) 

***

Hank

Westchnąłem.
Isobel siedziała na sofie, z kocem na kolanach i okularami na nosie, i rozwiązywała krzyżówkę. Mruczała coś cicho pod nosem, zastanawiając się nad kolejnym hasłem. Zachodzące słońce rzucało na nią lekko pomarańczowe światło. Przyglądałem jej się przez chwilę, zapamiętując każdy szczegół. Wyglądała pięknie. Nawet po tylu latach wciąż potrafiłem to powiedzieć. I nadal tak samo mocno ją kochałem.
Westchnąłem znowu, przenosząc spojrzenie na monitor komputera. Wielkimi literami u góry strony napisano: „WSPÓŁCZESNA WERSJA KOPCIUSZKA”, a zaraz pod spodem wstawiono dwa zdjęcia Mackenzie Wilson. Jedno z nich przedstawiało ją w uniformie, jaki noszą wszystkie sprzątaczki w Warrick Industries, drugie zaś pochodziło z balu, na którym prezentowała się niczym księżniczka. Nie powiem, żeby zaskoczyła mnie wiadomość o tym, że pracowała w naszym biurowcu — skądś Quinten musiał ją zgarnąć do tego swojego niezbyt udanego planu — nie spodziewałem się tylko, że była sprzątaczką.
Jeśli ufać tej plotkarskiej stronie, Mackenzie Wilson przez rok pracowała jako sprzątaczka, aż któregoś dnia — tak po prostu — awansowała na stanowisko asystentki prezesa. Nikt nie wiedział, jak do tego doszło, ale też nikt prawdopodobnie nie śmiał o to pytać. Pracownicy — i autor artykułu — snuli więc domysły, niejednokrotnie umieszczając Mackenzie w jednym worku z utrzymankami, paniami lekkich obyczajów i temu podobnymi personami. Z moich osobistych obserwacji wynikało, że było to raczej mało prawdopodobne, lecz nawet ja zacząłem mieć wątpliwości, gdy doszedłem do fragmentu, w którym autor artykułu wyjawił, że informacje otrzymał od „zaufanego, sprawdzonego źródła, które pragnie pozostać anonimowe”.
Mimowolnie więc zacząłem zastanawiać się nad tym wszystkim, czego byłem świadkiem. Mackenzie wydawała mi się miłą osobą i — szczerze mówiąc — wierzyłem, że właśnie taka była. Zyskała w moich oczach, kiedy dowiedziałem się, że sama opiekuje się dziesięcioletnią siostrzenicą, znajdując przy tym czas na pracę. Zaimponowała mi tym, że porzuciła studia na rzecz dziecka, które nie było jej własne. Przypomniało mi to trochę czasy, w których wraz z Isobel opiekowaliśmy się Quintenem. Oczywiście, nasza sytuacja była niepomiernie lepsza: mieliśmy pieniądze, wpływy i — chyba najważniejsze — mieliśmy siebie. Nie trudno było dowiedzieć się, że Mackenzie Wilson była sama.
Jednak sytuacja, którą przedstawiono w artykule — prawdziwa czy nie — dawała do myślenia. Jakim sposobem Mackenzie awansowała tak wysoko i dlaczego nikt o tym nie wiedział? Nie dawało mi to spokoju. Bałem się, że ten mój wnuk zrobił coś karygodnego. Jeśli uprawiał z nią seks, a później dał posadę asystentki, nie powinien zasiadać na stołku prezesa. 
— Co robisz, kochany? — spytała Isobel, obracając głowę tak, by na mnie spojrzeć.
Wyłączyłem przeglądarkę i uśmiechnąłem się do niej.
— Sprawdzam skrzynkę mailową.
— Jest coś od Quintena? — zapytała z nadzieją w głosie. — Może ustalili już z Mackenzie datę ślubu?
— Nic, duszko, ale jestem pewien, że gdy tylko coś ustalą, na pewno nas o tym poinformują.
Isobel westchnęła i wróciła do rozwiązywania swoich krzyżówek. Znów przypatrywałem jej się przez chwilę. Spędziła z Mackenzie więcej czasu niż ja i miała możliwość poznać ją bliżej. Bardzo ją polubiła, powiedziała mi to któregoś wieczoru. Byłaby zdruzgotana, gdyby dowiedziała się, że wszystko było misternie ułożonym planem jej własnego wnuka.
Odetchnąłem głęboko i jeszcze raz włączyłem przeglądarkę. Ponownie przejechałem spojrzeniem po artykule, zatrzymując się na chwilę na tajemniczym „anonimowym źródle”. Kto mógł w ten sposób potraktować „narzeczoną” prezesa? Kto ośmieliłby się powiedzieć cokolwiek na temat ich romansu?
Potem mój wzrok zatrzymał się na zdjęciu Mackenzie. Jej oczy były takie szczere, pełne szczęścia. Tamten bal musiał przysporzyć jej wiele radości. Chyba nigdy nie zapomnę tego, jak przyznała się do knucia za moimi plecami, mówiąc po prostu, że Quinten ją o to poprosił. Była przy tym tak autentyczna, że uwierzyłbym we wszystko, co by powiedziała. Spoglądała na mojego wnuka z błyskiem w oczach. Gdy tańczyli, miałem wrażenie, jakby unosili się kilka centymetrów nad parkietem. Oboje wyglądali na zrelaksowanych, ich ruchy były skoordynowane, wszystko do siebie pasowało. Oni do siebie pasowali.
Byli zakochani.
Cokolwiek powiedziało to „anonimowe, sprawdzone źródło”, nie sposób było nie zauważyć, że tych dwoje do siebie ciągnęło. I na tym postanowiłem zakończyć swoje rozważania, nie chcąc wgłębiać się w jeszcze mniejsze szczegóły. Nie ufałem plotkarskim blogom i prawdopodobnie źle zrobiłem w ogóle czytając ten artykuł. Bo prawda była tylko jedna. I tak się składało, że znałem ją dokładnie.
Tych dwoje się kochało.


CIĄG DALSZY NASTĄPI