25 lipca 2016

[BONUS] Narzeczona na chwilę, rozdział 35


Ten rozdział jest luźno powiązany z fabułą i nie wnosi do niej niczego konkretnego. Jeśli nie chcesz mieszać sobie perspektyw, możesz go spokojnie ominąć. Na pewno na tym nie ucierpisz. ;) 

***

Hank

Westchnąłem.
Isobel siedziała na sofie, z kocem na kolanach i okularami na nosie, i rozwiązywała krzyżówkę. Mruczała coś cicho pod nosem, zastanawiając się nad kolejnym hasłem. Zachodzące słońce rzucało na nią lekko pomarańczowe światło. Przyglądałem jej się przez chwilę, zapamiętując każdy szczegół. Wyglądała pięknie. Nawet po tylu latach wciąż potrafiłem to powiedzieć. I nadal tak samo mocno ją kochałem.
Westchnąłem znowu, przenosząc spojrzenie na monitor komputera. Wielkimi literami u góry strony napisano: „WSPÓŁCZESNA WERSJA KOPCIUSZKA”, a zaraz pod spodem wstawiono dwa zdjęcia Mackenzie Wilson. Jedno z nich przedstawiało ją w uniformie, jaki noszą wszystkie sprzątaczki w Warrick Industries, drugie zaś pochodziło z balu, na którym prezentowała się niczym księżniczka. Nie powiem, żeby zaskoczyła mnie wiadomość o tym, że pracowała w naszym biurowcu — skądś Quinten musiał ją zgarnąć do tego swojego niezbyt udanego planu — nie spodziewałem się tylko, że była sprzątaczką.
Jeśli ufać tej plotkarskiej stronie, Mackenzie Wilson przez rok pracowała jako sprzątaczka, aż któregoś dnia — tak po prostu — awansowała na stanowisko asystentki prezesa. Nikt nie wiedział, jak do tego doszło, ale też nikt prawdopodobnie nie śmiał o to pytać. Pracownicy — i autor artykułu — snuli więc domysły, niejednokrotnie umieszczając Mackenzie w jednym worku z utrzymankami, paniami lekkich obyczajów i temu podobnymi personami. Z moich osobistych obserwacji wynikało, że było to raczej mało prawdopodobne, lecz nawet ja zacząłem mieć wątpliwości, gdy doszedłem do fragmentu, w którym autor artykułu wyjawił, że informacje otrzymał od „zaufanego, sprawdzonego źródła, które pragnie pozostać anonimowe”.
Mimowolnie więc zacząłem zastanawiać się nad tym wszystkim, czego byłem świadkiem. Mackenzie wydawała mi się miłą osobą i — szczerze mówiąc — wierzyłem, że właśnie taka była. Zyskała w moich oczach, kiedy dowiedziałem się, że sama opiekuje się dziesięcioletnią siostrzenicą, znajdując przy tym czas na pracę. Zaimponowała mi tym, że porzuciła studia na rzecz dziecka, które nie było jej własne. Przypomniało mi to trochę czasy, w których wraz z Isobel opiekowaliśmy się Quintenem. Oczywiście, nasza sytuacja była niepomiernie lepsza: mieliśmy pieniądze, wpływy i — chyba najważniejsze — mieliśmy siebie. Nie trudno było dowiedzieć się, że Mackenzie Wilson była sama.
Jednak sytuacja, którą przedstawiono w artykule — prawdziwa czy nie — dawała do myślenia. Jakim sposobem Mackenzie awansowała tak wysoko i dlaczego nikt o tym nie wiedział? Nie dawało mi to spokoju. Bałem się, że ten mój wnuk zrobił coś karygodnego. Jeśli uprawiał z nią seks, a później dał posadę asystentki, nie powinien zasiadać na stołku prezesa. 
— Co robisz, kochany? — spytała Isobel, obracając głowę tak, by na mnie spojrzeć.
Wyłączyłem przeglądarkę i uśmiechnąłem się do niej.
— Sprawdzam skrzynkę mailową.
— Jest coś od Quintena? — zapytała z nadzieją w głosie. — Może ustalili już z Mackenzie datę ślubu?
— Nic, duszko, ale jestem pewien, że gdy tylko coś ustalą, na pewno nas o tym poinformują.
Isobel westchnęła i wróciła do rozwiązywania swoich krzyżówek. Znów przypatrywałem jej się przez chwilę. Spędziła z Mackenzie więcej czasu niż ja i miała możliwość poznać ją bliżej. Bardzo ją polubiła, powiedziała mi to któregoś wieczoru. Byłaby zdruzgotana, gdyby dowiedziała się, że wszystko było misternie ułożonym planem jej własnego wnuka.
Odetchnąłem głęboko i jeszcze raz włączyłem przeglądarkę. Ponownie przejechałem spojrzeniem po artykule, zatrzymując się na chwilę na tajemniczym „anonimowym źródle”. Kto mógł w ten sposób potraktować „narzeczoną” prezesa? Kto ośmieliłby się powiedzieć cokolwiek na temat ich romansu?
Potem mój wzrok zatrzymał się na zdjęciu Mackenzie. Jej oczy były takie szczere, pełne szczęścia. Tamten bal musiał przysporzyć jej wiele radości. Chyba nigdy nie zapomnę tego, jak przyznała się do knucia za moimi plecami, mówiąc po prostu, że Quinten ją o to poprosił. Była przy tym tak autentyczna, że uwierzyłbym we wszystko, co by powiedziała. Spoglądała na mojego wnuka z błyskiem w oczach. Gdy tańczyli, miałem wrażenie, jakby unosili się kilka centymetrów nad parkietem. Oboje wyglądali na zrelaksowanych, ich ruchy były skoordynowane, wszystko do siebie pasowało. Oni do siebie pasowali.
Byli zakochani.
Cokolwiek powiedziało to „anonimowe, sprawdzone źródło”, nie sposób było nie zauważyć, że tych dwoje do siebie ciągnęło. I na tym postanowiłem zakończyć swoje rozważania, nie chcąc wgłębiać się w jeszcze mniejsze szczegóły. Nie ufałem plotkarskim blogom i prawdopodobnie źle zrobiłem w ogóle czytając ten artykuł. Bo prawda była tylko jedna. I tak się składało, że znałem ją dokładnie.
Tych dwoje się kochało.


CIĄG DALSZY NASTĄPI


23 lipca 2016

Narzeczona na chwilę, rozdział 34


Mackenzie

Wszystko się zmieniło.
Wszystko było nie tak.
To nie tak miało być!
Mieliśmy wrócić do tego, co było. On miał robić swoje, ja swoje i mieliśmy mieć względnie normalne relacje. Nie wchodzić sobie w drogę. Miałam robić dla niego kawę — pół na pół z mlekiem, bez cukru — i odbierać telefony. Zajmować się pocztą, raportami z całego tygodnia, segregować dokumenty, spinać je po dobrej stronie i chować do odpowiednich teczek. Miałam umawiać go na spotkania, rezerwować miejsca w restauracji, przypominać o umowach i zleceniach. Miałam być asystentką, a nie prywatną służącą.
— Panno Wilson, proszę skoczyć do Starbucksa i kupić mi kawałek ciasta marchewkowego. Mam dzisiaj ochotę na coś słodkiego do kawy — powiedział pan Warrick, kiedy kładłam na jego biurku dzisiejszą pocztę.
Spojrzałam na niego zaskoczona, przez chwilę nie wiedząc, co odpowiedzieć. Już wcześniej zauważyłam, że nasze relacje znacząco się ochłodziły, a pan Warrick wykorzystywał mnie do różnych zadań. Kilka dni temu poprosił, żebym odebrała z baru jego zamówienie na lunch. Nigdy przedtem tego nie robił — sam załatwiał swoje sprawy, a ja zajmowałam się tylko biurem i parzeniem kawy.
I nigdy nie widziałam, żeby jadł ciasto.
— Coś nie tak? — zapytał, kiedy cisza w gabinecie przeciągnęła się.
— Za trzy minuty zaczynam przerwę — stwierdziłam. — A najbliższy Starbucks jest piętnaście minut drogi stąd.
— Radzę więc się pośpieszyć, o ile chce pani skorzystać ze swojej przerwy — odparł spokojnie, jakby opowiadał o zmianie pogody. Patrzyłam na niego przez chwilę, zastanawiając się, co zaszło. Co stało się z tym szefem, który nigdy nie żądał niczego ponad moje obowiązki? Dlaczego zachowywał się w ten sposób? Był chłodny i zdystansowany. Nie podobało mi się to. Ani trochę.
Wyszłam z gabinetu, zamykając za sobą drzwi.
W głowie robiłam szybkie kalkulacje.
Do kawiarni miałam piętnaście minut drogi, ale biorąc pod uwagę, że właśnie zbliżała się godzina lunchu, będzie w niej niemały ruch. Pewnie zajmie im dobre dziesięć minut, zanim przyjmą moje zamówienie. Później kolejny kwadrans na drogę powrotną i z mojej godzinnej przerwy zostanie mi tylko — przy dobrych wiatrach — dwadzieścia minut. Cudownie. Nic, tylko skakać z radości. Długich dwadzieścia minut tylko dla siebie.
Ale wiedziałam, że nie mogłam się sprzeciwić. Nabałaganiłam. Wiedziałam, że to wszystko moja wina, choć nie mogłam zrozumieć, dlaczego reagował tak ostro. Powiedziałam tylko, że nasza umowa obowiązywała do momentu zdobycia tych cholernych udziałów. Mieliśmy się po wszystkim rozstać. Tak czy nie? Tak. I to właśnie zrobiliśmy. Nie obyło się bez łez z mojej strony, ale wiedziałam, że właśnie to było konieczne. Nie wytrzymałabym ze świadomością, że pomimo wszystkiego, co się wydarzyło, pozostawalibyśmy tylko przyjaciółmi. Bo Quinten Warrick nie chciał mieć ze mną bliższych relacji.
A to on zachowywał się jak skrzywdzony, dumny… dzieciak.
Mieliśmy wrócić do tego, co było, ale odniosłam wrażenie, że cofnęliśmy się o kilka kroków za daleko. Ale trudno, skoro nawarzyłam piwa, trzeba je było wypić. Ubrałam więc płaszcz i zabrałam torebkę, wychodząc w deszcz po głupie ciasto marchewkowe. „Już durniejszej zachcianki nie mógł mieć”, pomyślałam, wyjmując z torby składaną parasolkę.
Przeszłam kilka przecznic, kiedy moją uwagę przykuła wystawa jednego ze sklepów. Ale to nie była byle jaka wystawa ani nie byle jaki sklep. Cukiernia. A na wystawie cudowne ciasto marchewkowe, lekko brązowe od kakao lub czekolady, wyglądem bardzo przypominało to, które dają w Starbucksie. To był znak z niebios.
Rozejrzałam się i szybko podjęłam decyzję. Przecież pan Warrick i tak się nie zorientuje. Bo czym może się różnić ciasto marchewkowe ze Starbucksa od takiego ze zwykłej cukierni? „Na pewno ceną”, pomyślałam kąśliwie. Poprosiłam ekspedientkę, aby zapakowała kawałek na wynos i zadowolona z siebie poszłam do McDonald’s na sałatkę. Nie mogłam przecież od razu wrócić do biura, bo pan Warrick spostrzegłby, że nie dotarłam nawet do tej cholernie drogiej kawiarni. Posiedziałam odpowiednio długo, zjadłam, napiłam się soku i dopiero wtedy cofnęłam się do Warrick Industries.
Pana Warricka nie było w gabinecie, dlatego odetchnęłam z ulgą. Postawiłam talerzyk z ciastem na blacie jego biurka i wyszłam, by zająć się swoimi sprawami. Szef przyszedł po kilku minutach, ale nawet na mnie nie spojrzał. Ja za to zdążyłam mu się przyjrzeć, kiedy przechodził przede mną.
Miał na sobie szary garnitur i białą koszulę. Nie założył krawata, a kilka guzików pod szyją rozpiął dla swobody ruchu. Włosy jak zwykle układały mu się na bok, na policzkach i brodzie nie widniał nawet cień zarostu, a ciemne oczy wyglądały na skupione. Westchnęłam cicho, starając się powstrzymać wspomnienia, które zalały moją głowę. Że też akurat w tym dniu musiałam sobie przypomnieć o jego gołej klacie, którą nie tak dawno temu zaprezentował mi z dumą, zakradając się do mnie w jego własnej kuchni.
— Panno Wilson, co to jest? — zapytał pan Warrick, wyrywając mnie z potoku myśli. Wzdrygnęłam się i spojrzałam na niego z lekkim strachem w oczach. Stał w drzwiach gabinetu i w jednej dłoni trzymał talerzyk z ciastem. Palcem drugiej ręki wskazywał na owo nieszczęsne marchewkowe ciasto.
— Ciasto marchewkowe? — odparłam pytaniem. Jedna brew pana Warricka powędrowała do góry. — Ze Starbucksa…? — dodałam niepewnie, a ta brew podjechała jeszcze wyżej. Nie wiedziałam nawet, że tak potrafi.
— Nie wiem, skąd je pani wytrzasnęła, panno Wilson, ale to ciasto na pewno nie pochodzi ze Starbucksa. — Uśmiechnął się pobłażliwie, po czym zrobił kilka kroków, wyjął spod mojego biurka kosz na śmieci i, bez choćby mrugnięcia okiem, wrzucił do niego ciasto. Patrzyłam na niego ogromnie zszokowana. Nawet go nie spróbował! I tak po prostu wyrzucił do śmieci! Co on sobie myślał? Przecież… ja za to zapłaciłam!
— Ale przecież…
— Następnym razem radzę pani wykonać moje polecenie, panno Wilson. Ostrzegam panią. — Posłał mi spojrzenie godne bazyliszka. Aż zlękłam się i opuściłam głowę.
Z łoskotem odstawił talerzyk na moje biurko i wrócił do gabinetu, na koniec nieco mocniej zamykając drzwi. Wzdrygnęłam się, słysząc trzask. Przez chwilę nie śmiałam nawet się poruszyć, bojąc się, że krzesło zaskrzypi i to również go zirytuje.
Spojrzałam do kosza, w którym leżało ciasto marchewkowe. Przełamało się na pół.
Poczułam się źle. Bardzo źle.
Jak… jak mógł?
Może przesadzałam: to było tylko ciasto. A z drugiej strony… czy on również nie przesadził? Nie musiał od razu go wyrzucać. Może on nie musi liczyć każdego zarobionego dolara, ale to nie znaczy, że wszyscy śpią na pieniądzach i nie mają do nich szacunku! Co to… Co to w ogóle było?! Zachował się jak… jak… jak bachor! Rozpieszczony, naburmuszony bachor, któremu w piaskownicy ktoś zburzył zamek, więc teraz mści się na wszystkich, rzucając w nich kulami piachu! Tak właśnie!
Nagle zrobiłam się zła.
Bardzo zła.
A będąc złą, zrobiłam to, co przyszło mi pierwsze na myśl — napisałam wiadomość do Josha, pytając, czy ma ochotę wyskoczyć wieczorem na piwo.
Pożałowałam swej pochopnej decyzji w chwili, w której kliknęłam „wyślij”.
Jeszcze raz spojrzałam na ciasto. Nie wyglądało zbyt apetycznie wśród porwanych papierów, kawałka taśmy klejącej i wypisanego długopisu. W dodatku fakt, że się przełamało, dziwnie mnie rozczulił.
„Kogo oszukujesz, Kenzie?”, podpowiedziało mi moje sumienie. „Zdenerwowałaś się nie dlatego, że nie szanuje pieniędzy. Zabolało cię to, że… Nie! Nawet nie kończ tej myśli”.
Prawda była taka, że przez chwilę poczułam, jakby wyrzucił do kosza moje serce.
Telefon piknął i dostałam zwrotną wiadomość od Josha. Westchnęłam, uświadamiając sobie, że właśnie umówiłam się z moim byłym chłopakiem na piwo.

Quinten

Nasze relacje uległy zmianie, poniekąd głównie przeze mnie. Nie mogłem pogodzić się z faktem, że tak ozięble mnie potraktowała, dlatego próbowałem ją ukarać. Kazałem jej robić różne rzeczy, które niekoniecznie były związane z pracą: chodzić do sklepu po zakupy, odbierać z pralni moje garnitury, parzyć kawę, której później nawet nie piłem. A ona to wszystko robiła! Ani razu nie powiedziała złego słowa. Ze stoickim spokojem przyjmowała wszystkie moje absurdalne polecania, czym doprowadzała mnie do szału. Z każdym kolejnym dniem miałem ochotę drzeć się na nią, zmusić ją do jakichś reakcji, innych niż tylko spokojne: „Oczywiście, panie Warrick”. Wyprowadzanie jej z równowagi stało się moim celem, moją małą obsesją. Wkurzało mnie, że wszystko spływało po niej jak po kaczce, że nie widziałem u niej nawet grama żalu odnośnie do tego wszystkiego, co się wydarzyło. Dlatego też powoli, z uporem maniaka, przeciągałem strunę, licząc, że panna Wilson w końcu nie wytrzyma.
Zadzwoniłem do niej wieczorem, około godziny dziewiętnastej, prosząc o pilne stawienie się w Warrick Industries. Był wtorek, tydzień po tym, jak powiedziała, że „powinniśmy wrócić do tego, co było”. Następnego dnia z samego rana mieliśmy mieć zebranie rady, dlatego wszystko musiało zostać dopięte na ostatni guzik. Trochę się zasiedziałem, ale nawet mi to nie przeszkadzało. Po prostu ostatni raz czytałem raporty, które panna Wilson umieściła na tabletach, aby mieć pewność, że niczego nie pomieszała. Nie wierzyłem w to, aby zrobiła coś źle, ale — jak to mówią — strzeżonego Pan Bóg strzeże. To miała być nasza pierwsza sesja z tabletami, które wprowadziłem po naradzie w poprzednim miesiącu, po tym, jak straciłem asystentkę i musiałem sam kserować sprawozdania. Tablety miały ułatwić sprawę — nikt nie musiałby już niczego kserować. Poza tym, ograniczenie zużycia papieru było też dobre dla środowiska.
Nie potrzebowałem pomocy panny Wilson, sam dawałem sobie świetnie radę i właściwie już kończyłem, ale nie mogłem przepuścić takiej okazji, żeby jej trochę dokuczyć. Było już dość późno i Mackenzie dawno już skończyła pracę, ale cóż… Powiedzmy, że praca asystentki tak naprawdę nigdy się nie kończy.
Przyszła do biura czterdzieści minut później, dysząc, jakby biegła całą drogę od swojego mieszkania. Wparowała do gabinetu przez otwarte na oścież drzwi i spytała:
— Co się stało?
Przez chwilę patrzyłem na nią. Nie sposób było nie zauważyć, że się zmieniła. Zniknęły spódnice do kolan i koszule zapinane pod samą szyję. Zaczęła ubierać się bardziej elegancko, nowocześnie i seksownie. Tym razem jednak panna Wilson miała na sobie dżinsy, wąskie i opięte, które idealnie podkreślały jej biodra i pośladki. Założyła też kozaki na obcasie, przez co była trochę wyższa niż zazwyczaj. Nie był to strój do pracy, dlatego podejrzewałem, że przyszła tak jak stała.
Nie wyglądała jednak na zirytowaną, a raczej wystraszoną. Zapewne nie spodziewała się, że wezwę ją o tej porze i myślała, że przydarzyło mi się coś naprawdę złego.
— Gdzie dała pani papierową wersję sprawozdania? — zapytałem, zdając sobie sprawę z tego, że było to absurdalne pytanie.
Patrzyła na mnie przez moment z szeroko otwartymi oczami.
— Papierową?
— Tak, papierową — odpowiedziałem spokojnie.
— Powiedział pan, że mam ich nie drukować, bo wprowadzamy tablety — powiedziała, a jej głos zadrżał chwilowo.
— Zmieniłem zdanie. Musimy mieć jeden egzemplarz wydrukowany na wypadek awarii. Proszę go dla mnie wydrukować. — Opuściłem wzrok na tablet, który trzymałem w dłoni, czytając kolejne wyświetlone na nim słowa. Nie widziałem przez chwilę, co robiła, ale… chyba prychnęła cicho.
„Jeszcze trochę i w końcu wybuchnie”, pomyślałem z niemałą satysfakcją. Sam nie wiedziałem, dlaczego tak mnie to jarało. Chciałem po prostu dać jej w kość, zemścić się. To było dziecinne, wiedziałem o tym, ale nie mogłem się powstrzymać. Zraniła mnie.
Kiedy kilkanaście minut później weszła do gabinetu z naręczem kartek, podniosłem wzrok i spojrzałem na nią. Położyła mi na biurku plik arkuszy, a na nim paragon, opiewający na dwadzieścia dolarów.
— Co to jest? — zapytałem, szczerze zdziwiony. Podniosłem karteczkę i przyjrzałem się jej, odczytując nazwę jednej z firm taksówkarskich.
— Byłam po drugiej stronie miasta. Musiałam wziąć taksówkę, żeby tu przyjechać. Jestem po godzinach, więc wisi mi pan dwadzieścia dolarów — powiedziała hardo, patrząc mi w oczy. Przez chwilę toczyliśmy milczącą bitwę na spojrzenia. Nie mrugnęła ani razu, co bardzo mnie zaskoczyło. Myślałem, że odwróci wzrok i speszy się, a potem zacznie przepraszać albo chociaż szybko wyjdzie z gabinetu.
— Dobrze więc — powiedziałem w końcu — zanieś to jutro do księgowości, dorzucą ci dwadzieścia dolarów do wypłaty.
Kompletnie zapomniałem o kontroli. Zwróciłem się do niej na „ty”, a w dodatku nie mogłem powstrzymać ironicznego uśmiechu, który cisnął mi się na usta. Dwadzieścia dolarów za taksówkę. Naprawdę, prześmieszne. Ale cóż, skoro się uparła, żeby jej oddać, to proszę bardzo — w tym jednym nie będę jej robił na złość. Tym bardziej, że zaskoczyła mnie jej postawa. W ogóle nie spodziewałem się, że może zagrać tak ostro.
— Czy to wszystko? Chciałabym wrócić do domu — powiedziała.
— Oczywiście, panno Wilson.
Obróciła się na pięcie i skierowała w stronę wyjścia. Zanim jednak postawiła stopę poza gabinetem, dodałem jeszcze:
— Spodziewam się pani jutro przed siódmą w sali konferencyjnej. Wszystko musi być gotowe na jutrzejsze zebranie.
Zatrzymała się i spuściła głowę. Stała do mnie tyłem, więc nie widziałem wyrazu jej twarzy, kiedy stanowczym głosem odpowiedziała:
— Nie.
— Jak to „nie”? — zapytałem, zaskoczony. Odwróciła się i spojrzała na mnie, marszcząc czoło.
— Jutro mam wolne.
— Co też pani wygaduje? Jutro jest środa i w dodatku mamy zebranie rady. Nie może mieć pani wolnego — stwierdziłem, przekładając kartki z jednego rogu biurka na drugi.
— Zaklepałam ten dzień już w styczniu i potwierdzałam tydzień temu. Przypominałam też panu o tym w piątek. — Wyprostowała się, unosząc podbródek, jakby miała mnie tym wystarczyć. A może tylko chciała w ten sposób dodać sobie odwagi?
— W takim razie proszę to zmienić i wziąć wolne w czwartek. Jutro tu pani potrzebuję — powiedziałem stanowczo, również marszcząc czoło. Nie pamiętałem takiej rozmowy, ale może zwyczajnie nie zwracałem uwagi, co do mnie ostatnio mówiła.
— Nie.
— Jak to „nie”? Panno Wilson, proszę ze mną nie pogrywać. — Zabrzmiało to groźnie, ale nie przejąłem się tym. Nie byłem zdenerwowany, ale nie miałem też humoru na bezsensowne kłótnie. Potrzebowałem jej tutaj, na zebraniu, i nie przyjmowałem do wiadomości żadnej odmowy. Nie zwolniłbym jej teraz, ale mogłem to zrobić później, po zebraniu. Najpierw jednak musiała na nie przyjść i to nie był mój wymysł i moje widzimisię. Była członkiem zespołu, moją asystentką, obsługiwanie takich zebrań należało do jej obowiązków. Mogła sobie brać wolne w każdy inny dzień, ale nie jutro! I jeśli mi się sprzeciwi jeszcze raz — wyleci. Bezapelacyjnie.
„Nie jutro, oczywiście, jutro jest mi potrzebna”.
— Co cię ugryzło? — zapytała w końcu, robiąc dwa kroki w moją stronę. Porzuciła „pana Warricka”, najwyraźniej za bardzo poruszona moją groźbą, by przejmować się takimi drobnostkami.
— Co mnie ugryzło? — Spojrzałem na nią, jakby powiedziała coś idiotycznego. — Raczej powiedz, o co tobie chodzi!
— Odkąd skończyliśmy z tym durnym planem, zachowujesz się jak nie ty!
— Sama chciałaś, żebyśmy wrócili do tego, co było, więc teraz nie narzekaj. Jestem twoim szefem, pamiętasz? Musisz pamiętać, sama mi to wiele razy wypomniałaś!
— Tak, mieliśmy wrócić do tego, co było przedtem, a nie cofnąć się o lata świetlne! Nigdy wcześniej nie latałam za twoimi durnymi garniturami! — wykrzyknęła, wznosząc ręce.
 Oho, chyba była już bliska wybuchu. Chyba miałem osiągnąć swój cel. Sęk w tym, że teraz nie miało to znaczenia. Tak naprawdę nie wiem, co się działo, ale nagle… nagle zapragnąłem wyrzucić z siebie to wszystko, co się we mnie kotłowało od ponad tygodnia.
— Jesteś moją asystentką, na litość boską! Wszystkie asystentki to robią i jeszcze żadna nie zrobiła o to szumu! — warknąłem. — Sama chciałaś być tylko asystentką, nie chciałaś niczego więcej!
— Ja nie chciałam niczego więcej?! — wykrzyknęła, niemal bijąc się w pierś. Podeszła jeszcze kilka kroków, więc wstałem i wyszedłem zza biurka, żeby stanąć z nią twarzą w twarz. Zadarła głowę, by na mnie spojrzeć. Nie przestraszyła się mojej postawy, choć zadbałem o to, by stać wyprostowanym. — Ja nie… Ja nie chciałam? Mam ci przypomnieć, jak mnie potraktowałeś, kiedy przyszłam do ciebie wtedy, w piątek? Kto tu nie chciał niczego więcej?
Jej oczy zalśniły wściekłością i jestem pewien, że moje zrobiły to samo. Dlaczego, och do jasnej cholery, dlaczego musiała znowu wywlec ten temat? Po co? Co jej to dało? Oprócz tego, że znowu mnie zraniła, przypominając ten zasrany dzień, kiedy ją odepchnąłem. Zrobiłem to dla niej, żeby później nie ryczała, że ją wykorzystałem, ale — oczywiście — to ja byłem ten zły. Chciałem ją mieć, ale powstrzymałem się. DLA NIEJ!
Ubodło mnie to, co powiedziała. Zraniła mnie tym do żywego. Ja nie chciałem niczego więcej? Odkąd tylko zaczęliśmy ten cały plan, oczarowała mnie! I — o ile mnie pamięć nie myliła — to ja inicjowałem każdy pocałunek, każde dotknięcie, każde zalotne spojrzenie. Chciałem ją tulić, pieścić, całować. Chciałem ją mieć przy sobie, chciałem być blisko niej. Chciałem ofiarować wiele więcej, niż tylko posadę asystentki. To ona wciąż ode mnie uciekała. ONA! Nie ja!
I choć z początku nie miałem zamiaru się z nią tak mocno kłócić, teraz… teraz poczułem nieodpartą chęć, aby ją zranić. Zniszczyć. Tak po prostu.
Nim w ogóle pomyślałem, jakie słowa uchodzą z moich ust, wykrzyknąłem w złości:
— Więc o to ci chodzi? Jeśli tak bardzo chcesz, żebym cię przeleciał, to proszę bardzo, mogę to zrobić nawet w tym momencie, w tym biurze! Może w końcu przestaniesz udawać księżniczkę!
Rozległ się trzask.
A potem zapanowała cisza, przerywana tylko naszymi szybkimi, urywanymi oddechami.
Policzek piekł mnie, ale zachowałem kamienny wyraz twarzy, wpatrując się w zielone tęczówki Mackenzie. Jej oczy pociemniały znacznie, klatka piersiowa unosiła się nierytmicznie. Była wściekła, wiedziałem to. Ale ja też byłem. Wściekły i zraniony. Gówno mnie w tym momencie obchodziło, co działo się w jej głowie, bo w swojej miałem istne tornado.
— Potraktuj to jako moją rezygnację — powiedziała w końcu, po długiej chwili ciszy.
Wytrzymałem jej ostre spojrzenie. Wytrzymałem też widok jej odchodzącej postaci. Wytrzymałem pustkę i ciszę, które zapanowały, kiedy wyszła z biura i udała się w stronę windy. Wytrzymałem, choć bolało mnie serce.
Usłyszawszy dźwięk zamykających się drzwi windy, podszedłem do biurka i usiadłem z powrotem na swoim miejscu. Przez chwilę trzymałem się blatu i oddychałem głęboko, starając się uspokoić zszargane nerwy i jakoś przetrawić to, co się stało. Nie było to proste. Straciłem asystentkę.
Pieprzyć to. Straciłem Mackenzie.
Wcale nie żartowała, mówiąc, że rezygnuje. Widziałem to w jej oczach, słyszałem w głosie. Miałem wrażenie, że nie zrezygnowała tylko z pracy, ale z utrzymywania ze mną jakichkolwiek kontaktów. Wcale jej się nie dziwiłem; to, co powiedziałem, było niestosowne. To zrozumiałe, że poczuła się obrażona, potraktowałem ją zwyczajnie źle. Starałem się jednak o tym nie myśleć i nie obarczać siebie winą. Sprowokowała mnie. Świadomie dążyła do kłótni, podżegała, wyrzucając mi wprost, że jej nie chciałem. To było kłamstwo! Pragnąłem jej jak niczego innego, tylko nigdy nie dała mi sposobności tego powiedzieć!
A teraz?
Nawet nie wiedziałem, czy chciałem jeszcze wszystko naprawiać.
Ja… Jeśli to była miłość, to ja wolę nie kochać.

Mackenzie

Nie płakałam.
Nie uroniłam nawet łzy ani wtedy, kiedy wychodziłam z biura, ani w drodze do domu, ani nawet będąc już u drzwi mieszkania. Trzymałam się dzielnie, choć skręcało mi wnętrzności. Było mi zwyczajnie niedobrze; przez chwilę myślałam, że zacznę wymiotować.
Jak on śmiał? Sama sugestia, że moglibyśmy… tam w biurze… Nie do pomyślenia. Nie mogłam tego zrozumieć. Nie wiedziałam nawet, jak do tego doszło. Odmówiłam tylko przyjścia do pracy, a skończyłam krzycząc i policzkując własnego szefa, by potem oznajmić mu, ze rezygnuję. Miałam przez moment wrażenie, że to wszystko działo się jakby obok, a ja byłam tylko postronnym obserwatorem.
Ja się tak nie zachowywałam. Nie krzyczałam, nie wszczynałam kłótni, nie biłam ludzi. Wręcz przeciwnie: zawsze starałam się rozwiązywać problemy polubownie. A jednak to byłam ja. Ja zaczęłam tę bezsensowną wymianę zdań. Ja przyznałam, że chciałam czegoś więcej. Ja uderzyłam Quintena Warricka. Wciąż nie mogłam w to uwierzyć.
Ale siedziało to we mnie od tygodnia. Warrick nie był sobą. Zachowywał się jak dziecko: „przynieś, podaj, pozamiataj”. Wiedziałam, że asystentki w naszym biurowcu często wykonywały dziwne polecenia swoich przełożonych, ale ja nigdy nie musiałam zaiwaniać na drugi koniec miasta do pralni po garnitur. A ostatnio takie właśnie otrzymałam zlecenie.
Wkurzało mnie to, jak się zachowywał i jak się do mnie odnosił. Nagle zniknęły gdzieś te wszystkie czułe gesty, których nie szczędził mi, kiedy u niego nocowałam. Gdzieś przepadła aura intymności i pożądania, zastąpiona chłodną obojętnością. Nie wiedziałam, skąd to się brało, co było źródłem takiego zachowania, ale bardzo mnie to irytowało. Już wiele razy chciałam mu coś powiedzieć.
To, co wydarzyło się dzisiaj, to co powiedział, dolało tylko oliwy do ognia. 
Weszłam cicho do mieszkania, nie chcąc robić niepotrzebnego zamieszania. Zbliżała się dwudziesta pierwsza, więc Jade powinna już siedzieć w swoim pokoju i powoli szykować się do spania. Nie zdziwiło mnie, kiedy zobaczyłam światło w kuchni. Gdy jednak usłyszałam przyciszone głosy Josepha i Olgi, przystanęłam w cieniu, nasłuchując. Może nie powinnam, ale ciekawiło mnie, co takiego musieli jeszcze obgadać.
— Nie powinniśmy nadużywać jej gościnności, Olgo — powiedział Joseph. — Powinniśmy być wdzięczni za to, że w ogóle nas przyjęła, i zostawić ją w spokoju. Wiesz, co zrobi, jak się dowie? Wyrzuci nas na zbity pysk.
— Nie wygłupiaj się, Josephie — stwierdziła kobieta. — Nic jej się nie stanie, jak nam da trochę pieniędzy. Niedługo zostanie żoną jednego z najbogatszych ludzi w kraju, jej portfel nie ucierpi.
— Ile to dokładnie jest „trochę pieniędzy”? — zapytałam, wchodząc w łunę światła. Olga podskoczyła, oblewając się herbatą, a Joseph pokręcił tylko głową, zrezygnowany.
Obrzuciłam ich srogim spojrzeniem. Moja wściekłość znowu budziła się do życia. Serce waliło mi jak młot.
Wszystko zaczynało układać się w idealną całość. Wiedziałam, że nie przyjechali tu dla Jade. Wiedziałam. Mogłam się o to założyć. Nic ich nie obchodziła własna wnuczka.
Miałam ochotę rzucić się na nich.
— Nie przejmuj się tym, to nic takiego. Zapomnijmy o całej sprawie — powiedział Joseph. Widziałam po jego minie, że chciał dobrze. Z tej dwójki, jego Jade obchodziła najbardziej. Poświęcił jej znacznie więcej czasu niż Olga i nawet ja zaczynałam się do niego przekonywać. Niestety Olga odezwała się równocześnie, ignorując jego próby załagodzenia sytuacji:
— Pięćdziesiąt tysięcy.
Prychnęłam.
To była najbardziej niedorzeczna rzecz na świecie. Miałam im „dać” pięćdziesiąt tysięcy dolarów? Chyba coś im się poprzestawiało w głowach.
— Nie — odpowiedziałam poważnie, czując siłę, która płynęła z tego słowa. To było takie proste, powiedzieć „nie”.
— Nie wygłupiaj się, Mackenzie. Jesteśmy rodziną — stwierdziła Olga, a ja przez chwilę myślałam, że żartuje.
Nie żartowała.
Zdenerwowałam się nie na żarty. To przekraczało wszelkie granice. Joseph i Olga nigdy nie zrobili dla mnie niczego dobrego. Wypięli się na mnie, kiedy wyciągnęłam do nich dłoń, kiedy prosiłam o pomoc. A teraz oczekiwali, że ja pomogę im?
Zostawili swoją własną wnuczkę. Nie odzywali się do nas od przeszło dwóch lat. Mieli nas w nosie. I ciul ze mną, ale Jade ciągle miała nadzieję, że kiedyś się im odwidzi. Bardzo się ucieszyła, kiedy przyjechali. Tymczasem okazało się, że nie przyjechali dla niej tylko dla pieniędzy?
— Naprawdę potrzebujemy tych pieniędzy. A ty niedługo staniesz się posiadaczką sporej sumy. Nawet nie zauważysz utraty tych pięćdziesięciu tysięcy — mówiła dalej Olga, jakby nie widziała zmian zachodzących na mojej twarzy.
Nie wiedziałam, co mnie bardziej rozzłościło: fakt, że nie byli bezinteresowni, czy może ich przeświadczenie, że „dam” im pieniądze, które miały pochodzić od mojego „przyszłego męża”. Sama myśl o tym, że przyjechali tu tylko dlatego, że przeczytali w gazecie o moich „zaręczynach” była po prostu obleśna. Nie dałabym im pieniędzy nawet gdybym osobiście posiadała taką sumę.
W tym momencie coś we mnie pękło. Wszystkie mury, wszystkie tamy, które do tej pory utrzymywały moje wzburzone wnętrze w ryzach, runęły. Wściekłość opanowała mój umysł, próbując się wydostać, choć za wszelką cenę starałam się utrzymać spokój, kiedy cedziłam przez zęby:
— Wynocha.
— Mackenzie, nie zachowuj się jak dziecko. Jesteś już dorosła, na pewno wiesz, jak ten świat funkcjonuje…
— Wynocha! — wydarłam się, nie zważając na to, że mogłam przestraszyć Jade. Wskazałam im drzwi wyjściowe, ale nawet nie drgnęli. Olga wpatrywała się we mnie z szokiem wymalowanym na twarzy. Rozzłościło mnie to jeszcze bardziej i, niewiele myśląc, zaczęłam się drzeć. — Wynocha! Wynoście się stąd! Natychmiast!
Obróciłam się na pięcie i wparowałam do swojego pokoju, zbierając wszystkie ich rzeczy i wyrzucając do przedpokoju. Po chwili otworzyłam drzwi wyjściowe i cisnęłam wszystko na korytarz.
— Wynocha! Wynocha! Wynocha!
Coś mnie opętało. Kopałam ich torby, zrzucałam z półek w łazience kosmetyki Olgi, krzyczałam, nie przejmując się w ogóle wieczorną godziną. Byłam zła. Wściekła! Wszystko, co się wydarzyło, każde miłe i przykre wspomnienie, słowa pana Warricka, ten durny plan, to cholerne ciasto marchewkowe, przełamane na pół, moja rezygnacja, ich prośba o pieniądze… Wszystko to wybuchło we mnie jak wulkan. Zachowywałam się irracjonalnie, wrzeszcząc i kopiąc, ale nie mogłam się powstrzymać. Złość szukała ujścia już długo i w końcu je znalazła.
Prośba Groverów przechyliła szalę goryczy.
Stało się.
— Pożałujesz tego — powiedziała groźnie Olga, kiedy mijała mnie w progu. Joseph szedł za nią potulnie, nie racząc nawet na mnie spojrzeć.
— Wal się — warknęłam, zatrzaskując za nimi drzwi. Oddychałam głośno, szybko i nierówno. Wciąż byłam zła.
— Ciociu? — Jade stanęła w przedpokoju, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Wracaj do łóżka, Jade — powiedziałam przez zaciśnięte zęby. Nie miałam zamiaru wdawać się z nią w dyskusje i tłumaczyć jej, co zaszło. Byłam na granicy wytrzymałości. Nadal się trzęsłam. Nie byłam nawet w stanie na nią spojrzeć. Będzie musiała jakoś sama oswoić się z tą nową sytuacją. Groverowie wyszli i tym razem nie miałam zamiaru ich przed nią bronić.
— Ale…
— Natychmiast, Jade! — krzyknęłam, tracąc nerwy. Podskoczyła i pobiegła szybko do pokoju, zamykając się w nim.
Pierwszy raz na nią nakrzyczałam i poczułam się przez to jeszcze gorzej. Co była ze mnie za opiekunka, skoro wrzeszczałam na Bogu ducha winne dziecko? Nie powinnam była w ogóle się odzywać! „Co ona sobie o mnie pomyśli?” — wyrzucałam sobie w myślach.
Byłam okropnym człowiekiem.
I wtedy właśnie — kiedy złość minęła i zastąpiło ją to obezwładniające poczucie beznadziejności — rozpłakałam się.

Quinten

Minęło pół godziny od wyjścia Mackenzie, a ja nie mogłem się na niczym skupić. Czytałem raporty, ale ich nie rozumiałem — zupełnie tak, jakby zostały napisane w innym języku. Moją głowę zajmowała panna Wilson i nasza kłótnia. Dopiero teraz, kiedy emocje nieco opadły, pojąłem, co tak naprawdę się wydarzyło. Zachowywaliśmy się jak dzieci, kłócące się o łopatkę w piaskownicy. Miała rację mówiąc, że cofnęliśmy się o lata świetlne. Nasze relacje w niczym nie przypominały tego, co było przed wizytą Isobel i Hanka. Oboje byliśmy nieprofesjonalni i było mi z tego powodu wstyd.
Dała mi kosza, okej. Powinienem się z tym pogodzić, zachować się jak mężczyzna.
Co ja sobie w ogóle myślałem?
Odłożyłem tablet na biurko, nie mogąc już dłużej patrzeć na wyświetlane strony. Przetarłem twarz dłońmi i właśnie wtedy mój wzrok padł na mały kalendarz, stojący na blacie. Zmarszczyłem czoło, zastanawiając się, dlaczego jutrzejsza data dzwoniła mi z tyłu głowy. Bynajmniej nie dlatego, że miało się odbyć w tym dniu zebranie rady; chodziło o coś więcej. Panna Wilson wzięła w tym dniu wolne, bo…
„Jesteś idiotą”, pomyślałem, jęknąwszy. Ukryłem twarz w dłoniach, nie mogąc znieść własnej tępoty. Jak mogłem o tym zapomnieć? Piątego listopada wypadała rocznica śmierci Caroline.
Wziąłem głęboki oddech, czując drżenie na całym ciele. Zdenerwowanie na siebie samego dawało się we znaki. Próbowałem nie wybuchnąć.
Kompletnie zapomniałem, a przecież Mackenzie mówiła mi o tym, gdy się poznawaliśmy. Piąty listopada — tylko tyle musiałem zapamiętać. Byłem na siebie wściekły, bo dałem się ponieść emocjom. Tak bardzo zależało mi na tym, żeby jej dopiec, że nie poświęciłem nawet chwili, aby zrozumieć, dlaczego tak jej zależało na tym jednym dniu wolnego. Powinienem był się domyślić. Może wtedy nie doszłoby do tego wszystkiego. Może nie odeszłaby ode mnie, może nie zrezygnowałaby z pracy…
Poczułem się jeszcze gorzej, uświadomiwszy sobie, że nie zasługiwałem na nią. Jak mogłem wymagać, żeby mnie chciała, skoro zachowywałem się jak debil przez ten cały czas? Jak mogłem domagać się, aby przy mnie została, jeśli wszystko, co do tej pory ode mnie usłyszała, to krzyk i głupie odzywki?
„Powinienem ją przeprosić”, pomyślałem, wstając. Rozejrzałem się po gabinecie, choć sam nie wiedziałem, po co. Może gdzieś pośród tej szarości były ukryte odpowiedzi? Oczywiście, że ich nie było, wszystko musiałem przemyśleć sam. Może jeszcze nie było za późno? Może, jeśli teraz do niej pojadę, uda mi się z nią w końcu szczerze porozmawiać? Może mi wybaczy? Może mogłem liczyć na szczęśliwe zakończenie?
Zrobiłem kilka kroków w stronę drzwi, ale zatrzymałem się, kiedy dopadły mnie wątpliwości. Może jednak nie powinienem do niej jechać? Było już po dwudziestej pierwszej, mogła spać albo gdzieś wyjść. Jade na pewno o tej porze już śpi, mógłbym ją przez przypadek obudzić. Mackenzie nie podarowałaby mi, gdybym obudził Jade. Prawda? Skąd miałem to wiedzieć, nigdy nie odwiedzałem jej tak późno… Może obie jeszcze nie spały?
Ale czy to miało jakiś sens? Czy w ogóle chciałem się jeszcze z czegoś tłumaczyć?
Rozum podpowiadał mi, że wykorzystałem już wszystkie szanse, a skoro do tej pory nie udało mi się niczego ugrać, nie powinienem dalej próbować. Jednak czułem… Serce mówiło, aby dać sobie jeszcze jedną szansę. Sobie i Mackenzie. Nam. To wszystko było jednym wielkim nieporozumieniem, które wystarczyło tylko wyjaśnić. Nie miałem się czego bać, Mac na pewno zrozumie.
Wyszedłem zanim znowu zmieniłem zdanie.
Kiedy jednak stanąłem pod drzwiami mieszkania Mackenzie, nie byłem taki pewny siebie. Minęło kilka minut, nim w końcu uniosłem dłoń i zapukałem. Raz, drugi, trzeci, bez odpowiedzi. Stałem tam jak kretyn, czekając na cud. Serce tłukło mi się w klatce piersiowej, dłonie pociły ze stresu. Działo się ze mną coś złego, ale wiedziałem, że nie mogłem teraz odpuścić. Nie po tym wszystkim, nie po tym, jak w końcu zebrałem się na odwagę, żeby tu przyjechać. 
— Mac, jesteś tam? Otwórz, proszę, musimy porozmawiać! — Zapukałem jeszcze raz, tym razem mocniej i głośniej. Powoli godziłem się z porażką, gdy nagle usłyszałem szczęknięcie zamka. Serce podeszło do gardła, ale wróciło na swoje miejsce, kiedy w szparze pojawiła się twarz Jade.
Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, uchylając drzwi nieco mocniej. Miała na sobie różową piżamę, a w dłoni trzymała jakiegoś pluszaka. Nie wyglądała na zaskoczoną moim widokiem. Za jej plecami widziałem tylko ciemność.
Zdziwiło mnie, że otworzyła mi drzwi. Było już dość późno, a ona powinna o tej porze spać. Chyba… tak mi się wydawało. Skąd miałem wiedzieć, o której zasypiają dziesięcioletnie dziewczynki? Ale na pewno nie powinna otwierać o tej godzinie drzwi, niezależnie od tego, kto stał po drugiej stronie.
— Jade — bąknąłem — nie powinnaś… Nieważne. Muszę porozmawiać z twoją ciocią, jest w domu?
Wychyliłem się, chcąc zobaczyć cokolwiek za jej małą postacią, ale niczego nie dostrzegłem. Doszły do mnie jednak dźwięki jakiejś melodii, wydobywającej się z wnętrza mieszkania.
— Ona nie chce rozmawiać z tobą — odpowiedziała.
Zamrugałem kilkukrotnie, zaskoczony stanowczością w jej głosie.
— Jade, posłuchaj, to bardzo ważne. — Przyklęknąłem na jedno kolano, by mniej więcej zrównać się z nią wzrostem. — Muszę jej coś powiedzieć, wytłumaczyć się. Proszę, powiedz jej, że przyszedłem i chcę z nią porozmawiać. Jade, błagam cię…
— Obiecałeś, że jej nie skrzywdzisz — powiedziała, przerywając mi. Wstrzymałem oddech. — Złamałeś obietnicę — szepnęła, jakby wypowiedzenie tych słów na głos było przestępstwem.
Przymknąłem powieki, nie mogąc na nią patrzeć. W jej oczach było tyle wyrzutu… Nie mogłem tego znieść. Zrobiło mi się niedobrze. Do czego to doszło, żeby mała dziewczynka prawiła mi kazania? Opanowałem się i — mając pewność, że mój głos nie zadrży — powiedziałem:
— Wiem, Jade — otworzyłem oczy — zrobiłem to nieumyślnie. Proszę, chcę ją przeprosić.
Tłumaczyłem się dziecku.
W innych okolicznościach prawdopodobnie wybuchnąłbym śmiechem. Teraz jednak sytuacja wcale nie była zabawna. Jawiła się raczej jako beznadziejnie ponura. Miałem w dupie to, że upokarzałem się przed dziesięcioletnią dziewczynką, że błagałem ją o pozwolenie na rozmowę z jej ciotką. Miałem to gdzieś. Chciałem tylko mieć to wszystko za sobą. Chciałem zobaczyć się z Mac, powiedzieć jej, co czuję i liczyć na szczęśliwe zakończenie. Chciałem się do niej przytulić i obiecać, że nigdy więcej nie wypuszczę jej z ramion. Musiałem to zrobić. Po prostu… musiałem.
— Powinieneś iść.
Jade jednak miała inne plany. Tymi słowami wymierzyła mi policzek silniejszy niż wcześniej Mackenzie.
— Jade…
Ale Jade cofnęła się i zamknęła mi drzwi przed nosem.
Klęczałem jeszcze przez chwilę na wycieraczce, mając wrażenie, jakby moje serce przestało bić. Nie czułem go, nie słyszałem… Nawet kiedy przyłożyłem dłoń do klatki piersiowej, niczego tam nie było. Rozpadło się, przestało istnieć. Z moich ust uleciało powietrze, a wraz z nim po policzku stoczyła się jedna łza. Wytarłem ją, pociągając nosem, i wstałem. Odszedłem, nie obracając się za siebie.
Długo siedziałem w samochodzie, starając się pogodzić z przegraną. Rozpłakałem się nawet jak dziecko, co było tak bardzo niemęskie i żałosne, że aż zrobiło mi się żal siebie samego. Byłem beznadziejny. Dorosły facet, siedzący w samochodzie pod blokiem ukochanej, płaczący w rękaw marynarki. Niżej upaść nie mogłem.
„To koniec”, pomyślałem gorzko. „Koniec. Permanentny”.
Gdy to do mnie dotarło… Gdy zrozumiałem, że nic więcej zrobić nie mogę, spadł na mnie przedziwny spokój. Łzy przestały płynąć, ból brzucha zniknął, myśli wyklarowały się. Przetarłem twarz dłońmi i sięgnąłem po telefon, jednocześnie odpalając silnik i ruszając spod kamienicy.
Odnalazłem numer Layli i wcisnąłem zieloną słuchawkę.
Bip-bip. Bip-bip.
— Halo?


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ